Supermarkety zastawiają na nas pułapki. Nic, co nas w nich spotyka nie jest przypadkowe. Sztaby ludzi pracują nad technikami sprzedaży i trikami marketingowymi, grupy psychologów analizują ludzkie zachowania wykorzystując nasze słabości (!!!).
Archiwum autora: TomSzcz1_admin
Jak uprać pościel z pierza i zaoszczędzić na pralni
Czy pościel z pierza można prać tylko w specjalistycznych pralniach? Tak mówią metki producenckie, w praktyce – mam na myśli własną praktykę – pościel z piór można uprać w pralce.
Co zrobić z psującymi się, obitymi, pękniętymi owocami
Sprawa jest prosta, nie wymaga długich opisów.
Uszkodzone owoce lub takie, które dopiero zaczynają gnić, ale jeszcze szkoda nam ich wyrzucić, trzeba umyć, wyciąć gnijące fragmenty, usunąć pestki i ugotować z nich kompot.
Robótki ręczne – serduszko z filcu
Kiedyś nie było kobiet, które nie potrafiłyby szyć. Dziś jest inaczej. Czy to dobrze, trudno powiedzieć. W każdym razie ja czasami lubię pobawić się igłą i nitką albo szydełkiem. Relaksuje mnie to i świetnie usypia dzieci – to nie żart.
Szkodniki na balkonie – gąsienice
Na moim balkonie pojawili się wrogowie! Małe zielone stworzenia o kosmicznym spojrzeniu, z potwornym aparatem gębowym i z gigantycznym apetytem! To gąsienice, larwy motyli, liszki, słowem – robale.
Pomidorki typy cherry na balkonie
W ubiegłym roku pierwsze próby wyhodowania własnych pomidorów na balkonie przyniosły „owoc„ – próbuję zatem i w tym sezonie, skupiam się jednak tylko na pomidorkach koktajlowych, wysokie odmiany zajmują za dużo miejsca i według mnie zdecydowanie nie nadają się na niewielki balkon. Poza tym, z wysokimi gatunkami jest więcej kłopotu, trzeba je prowadzić na jeden lub dwa pędy, podwiązywać, aby nie przewracały się pod własnym ciężarem, usuwać wilki itp.
Z odmianami niskimi właściwie nic się nie robi, rosną same, kwitną jak szalone, zawiązują owoce, wymagają minimum miejsca i wystarczy im niewielka doniczka. Nie darują tylko braku wody.
Moje tegoroczne odmiany to doniczkowe pomidorki typu cherry w kolorach czerwonym i żółtym.
Bazując na doświadczeniach z ubiegłego roku i tych zdobywanych obecnie, na balkon zdecydowanie polecam właśnie takie odmiany.
Mój plan na wychowywanie dzieci, CEGIEŁKA NR 1 – CZYTANIE
Nawiązując do wstępnego postu – dokładam pierwszą cegiełkę – CZYTAM DZIECIOM.
Książki zawsze były mi szczególnie bliskie. Kiedy urodziłam Syna chciałam, aby i w Jego życiu odgrywały ważną rolę. Jakby w odpowiedzi na te pragnienia wpadła mi w ręce książka „Wychowanie przez czytanie” (Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska). Obie Panie są inicjatorkami znanej akcji Cała Polska czyta dzieciom. Akcja z pozoru bagatelna, ale po głębszym zastanowieniu mająca OGROMNE znaczenie dla funkcjonowania tak jednostek jak i całego narodu. Główne motto akcji – CZYTAJ DZIECKU CODZIENNIE PRZEZ DWADZIEŚCIA MINUT. Kto z czytaniem ma problem, te dwadzieścia minut są dla niego dobrymi ramami, trzymającymi w obowiązku. Kto natomiast czytanie traktuje jak potrzebny życiu oddech, dwadzieścia minut jest dla niego sugestią. W każdym razie, w moim przypadku, książka usystematyzowała ogóle pojęcie, a przede wszystkim wewnętrzną potrzebę czytania dziecku.
Napiszę co w moim odczuciu, popartym doświadczeniem, daje czytanie.
- Chwile spędzone z dzieckiem nad czymś przyjemnym, czym niewątpliwie jest wspólne czytanie, to malutkie cegiełki dobrych wspomnień.
- Czytanie jest świetną pomocą w procesie wychowywania. We wspomnianej książce jest fragment, który mówi, że jeżeli zupełnie już zaniedbujemy rozwój naszych dzieci (świadomie bądź nie) przynajmniej im czytajmy, to dar na całe życie od nas, rodziców.
- Dziecko, któremu dużo się czyta ma bogate słownictwo (sprawdzone i potwierdzone przez moje dzieci).
- Świadomy dobór książek daje nam MOC naładowania dzieci wartościami. A wiadomo – czym skórka za młodu…
W praktyce u mnie wygląda to tak:
- Dzieci zapisane są do biblioteki, którą odwiedzamy regularnie robiąc z wyprawy malutkie wydarzenie. Pierwsze wizyty w pełnym książek budynku polegały na wyciąganiu syna spod półek i kufrów i poszukiwaniu go pomiędzy szafkami. Dziś ma siedem lat i świadomie wybiera dla siebie książki nie kierując się kolorowymi okładkami, jak to ma miejsce w przypadku młodszej córki, ale poszukiwaną treścią.
- Dzieci mają w domu swoje półki z książkami.
- Co pewien czas wybieramy się do księgarni, w której mogą wybrać dla siebie jedną książkę, ale generalnie skupiamy się na bibliotecznych zbiorach.
- Czytamy dzieciom CODZIENNIE, zwykle przed snem. Początki przygód z codziennym pełnym uwagi czytaniem, były trudne. Syn nie skupiał się w ogóle, bawił się, biegał, a ja uparcie siedziałam i czytałam. Po pewnym czasie przybiegał gdy usłyszał coś interesującego i wnikał w temat.
- Czytamy głównie klasykę literatury dziecięcej, ale nie zapominamy o aktualnych trendach, choćby po to, aby dzieci miały wspólne tematy z rówieśnikami. Poza tym mamy wielu współczesnych pisarzy dziecięcych, z których twórczością warto dzieci zapoznać, np. znakomita Renata Piątkowska.
- Przy różnych okazjach oprócz zabawek obdarujemy dzieci książkami.
- Gdzie tylko możemy kładziemy książki, ale robimy to nie z obowiązku edukacyjnego, po prostu tak mamy.
Przeczytanych pozycji mamy wiele, większość to wartościowa literatura – postaram się zebrać tytuły w jednym miejscu, aby poszukujący rodzice mogli skorzystać z doświadczenia innych, praktykujących CZYTAJĄCYCH DZIECIOM RODZICÓW.
Mój plan na wychowywanie dzieci – WSTĘP
Dzieci zaczynają od tego, że kochają swoich rodziców. Po pewnym czasie sądzą ich. Rzadko kiedy im wybaczają. – Oscar Wilde
Nie da się ukryć, jest w tym dużo prawdy. To trochę przygnębiające, ale jednocześnie pokrzepiające, przynajmniej wiemy czego możemy się spodziewać, a to zwiększa pole manewru i wymusza działania. Zakładam jednak, że powyższa myśl nie jest regułą i jako rodzicowi daję sobie prawo do kreowania dzieciństwa moich dzieci na miarę pierwszego wersu sentencji. Choć lepiej by brzmiało, gdybym prawo uczyniła obowiązkiem z racji spoczywającej na mnie odpowiedzialności za powołane życie.
Świadomość podjętego zobowiązania zmusza do starań, aby dzieciństwo moich dzieci stało się miejscem w ich wspomnieniach, do którego będą wracać w największą przyjemnością, aby na samą myśl o beztroskich czasach robiło im się ciepło i przyjemnie i wreszcie, aby mogły bez wahania kiedyś powiedzieć – Miałem super dzieciństwo!
Łatwo nie jest, a ogrom zadania jeśli je sobie uświadomimy, niekiedy przerasta i przeraża. Wychowywanie dzieci to praca na najbardziej odpowiedzialnym stanowisku świata. Panie i panowie dyrektorzy w wielkich korporacyjnych trybach mogą schować do kieszeni swój prestiżowy zakres obowiązków, to nic w porównaniu ze świadomym procesem wychowawczym. Odpowiedzialność jest o wiele większa i system premiowania inny, nie wspominając już o ocenach kwartalnych czy półrocznych. Zakres obowiązków rodzica to gigantyczna lista, której realizacja rozłożona jest na wiele lat, a cel pracy jest niewiarygodnie delikatną i złożoną strukturą, którą trzeba budować i formować, dokładać malutkie cegiełki starań i wygładzać je, zmiękczać, później utwardzać, aby uzyskać jednolity, niechwiejny efekt z zachwycającym wnętrzem.
Znam ludzi – rodziców, którzy pracują na etatach, prowadzą firmy, słowem zarabiają na życie lub „realizują się zawodowo” jak to teraz modnie jest powiedzieć. Zdarza mi się w rozmowach z nimi usłyszeć o osiągniętych sukcesach zawodowych, o satysfakcji, jaką daje praca zawodowa. Natomiast nigdy nie usłyszałam, ani nie przeczytałam wprost wypowiedzianych słów mówiących o sukcesach na płaszczyźnie wychowywania dzieci. Gdyby takowe się pojawiły, w moim odczuciu powinny brzmieć mniej więcej tak:
– moje dzieci są szczęśliwe
– moje dzieci kochają mnie
– moje dzieci kochają siebie
– moje dzieci szanują siebie i innych
– moje dzieci są roześmiane
– moje dzieci słuchają mnie w imię miłości, a nie strachu
– moje dzieci wiedzą, że jestem dla nich
– moje dzieci są wewnętrznie spokojne, ponieważ zapewniam im wysokie poczucie bezpieczeństwa i nie szczędzę miłości
– moje dzieci radzą sobie z życiem dzięki solidnym fundamentom, które im dałam (i nie mam na myśli dobrych szkół)
– z powodzeniem pracuję nad tym, aby dzieciństwo moich dzieci zbyt szybko i brutalnie się nie zakończyło, czyli dopóki mam na to wpływ chronię je przed złymi cechami świata otaczając dobrymi
– zakres moich rodzicielskich obowiązków zaplanowany jest tak, aby WŁAŚCIWIE wykorzystać czas dzieciństwa moich dzieci
To tak z grubsza, rozdrabniać się będę w kolejnych postach.
Biorąc powyższe pod uwagę doszłam do wniosku, że opracuję sobie swój „plan” na wychowywanie dzieci. Czasy, gdy dzieci wychowywały się niemalże same dawno minęły. Dziś, w erze wyścigu szczurów, kultu idealnej sylwetki, wewnętrznej pustki ubranej w ipody, iphony, rogowe okularki czy trampki noszone zimą, w erze, gdzie „JA” zanika przysypywane wszelkiej maści dietami, wskazówkami jak żyć, co jest trendy, a co nie, co daje natychmiastową przyjemność, a czym nie warto się zajmować lub wręcz należy atakować bo jest przestarzałe bądź typowe dla osób określanych jako „moherowe berety” – mam na myśli „współczesne” podejście do struktury rodzinny czyli mama+tata+dzieci – w erze pędzącej donikąd, DZIECI TRZEBA WYCHOWYWAĆ, aby dać im NORMALNE podstawy. Dobre podstawy, tak jak w matematyce, ułatwiają dalsze, dorosłe życie. Pomagają cenić życie, jako coś wyjątkowego i dalekiego od produktywnego podejścia, co bezustannie nam się wmawia chociażby zalewem reklam sugerujących, że NIE MAJĄC, NIE DA SIĘ BYĆ.
Co to jest wychowywanie dzieci?
Rozumiem je, jako ogół zamierzonych i niezamierzonych działań, będących w zgodzie z ukształtowanym JA rodzica, mających na celu zbudowanie solidnego JA dziecka.
Solidne JA dla mnie, to system wartości z definicji będących dobrymi.
Ponadto wychowywanie, to napełnianie dziecka maksymalną ilością ciepła i miłości oraz praca nad poczuciem bezpieczeństwa. Ross Campbell w książce „Sztuka zrozumienia, czyli jak naprawdę kochać swoje dziecko” napisał o naczyniu miłości, które u dziecka powinno być zawsze pełne. To my, rodzice, mamy je stale napełniać poprzez bezwarunkową miłość. Na marginesie, książka godna polecenia jako świetne narzędzie pomagające w wychowywaniu dzieci.
Przechodząc do konkretów – nie jestem idealną matką, popełniam mnóstwo błędów wychowawczych, ale to mnie nie zniechęca (no, może czasami). Nie chcę działać po omacku, potrzebuję wskazówek w rodzaju poradnika, których nota bene jest wiele, ale generalnie radzą one jak rozmawiać z dzieckiem, jak je wspierać, kochać, itp. Naturalnie to sedno sprawy, ale ja jeszcze potrzebuję rad w rodzaju – co mogę zrobić, aby poprzez cegiełki konkretnych działań wyłożyć dzieciństwo moich dzieci ciepłymi wspomnieniami. Pomysłów mam wiele i dlatego postanowiłam je zapisać przede wszystkim dla siebie, aby móc się do nich odwoływać w chwilach zwątpienia.
Dalsze losy pomidorów na balkonie
Upały i coś, czego nie umiem nazwać dały się we znaki moim pomidorom. To „coś” prawdopodobnie jest jakąś chorobą, objawia się żółtymi plamami na liściach i zasychaniem kwiatów, ale nie wpływa na dojrzewanie zawiązanych owoców i dotyczy tylko odmiany Costoluto Fiorentino. Pomidorki koktajlowe rosną i owocują tak, jakby miały gdzieś wszelkie susze, zarazy itp. Natomiast odmiana pomidora malinowego, zakupionego na targu powędrowała do kosza. Powodów było kilka: żółknięcie liści, kiepskie wiązanie owoców (tylko cztery sztuki) i gnicie tych i tak marnych plonów. Dzięki temu wiem, że rozsądniej będzie w przyszłym sezonie skupić się na wyhodowanych przez siebie sadzonkach. Wymaga to trochę pracy, ale efekt jest bardziej zadowalający. Podobno z takimi kupionymi sadzonkami można przynieść różnego rodzaju nieproszonych gości. Być może tak się stało i w moim przypadku.
Costoluto Fiorentino w obiektywie:
W pewnym momencie kwiaty tej odmiany przestały zamieniać się w maleńkie pomidorki, a liście pokryły się plamami. Usychały. W sieci wyczytałam, że jest to zjawisko typowe dla działania jakiegoś wirusa, a zasychanie kwiatów to „szok poinfekcyjny”. Trzeba wówczas zwiększyć dawkę nawozów azotowych. Zwiększyłam i czekam na efekty.
Wiem z pewnością, że objawy nie są powodem braku zapylania. Codziennie bowiem, na moim drugim piętrze grasuje trzmiel, a i sama nie szczędzę pomidorom potrząsania.
Wspomniane wyżej szaleństwo pomidorków koktajlowych, nota bene bezimiennych, trwa. Na dwóch krzaczkach razem posadzonych naliczyłam… 132 sztuki! Pomijam te wcześniej zjedzone.
- Dojrzewające pomidorki koktajlowe
Na dowód powyższego zamieszczam kilka zdjęć pomidorków czekających na swoją główną rolę – JAK BYĆ ZJEDZONYM POMIDOREM.
Duży okaz jest owocem wyrzuconego krzaczka. Dojrzewał na parapecie i… nie zachwycał smakiem.
Podsumowując – uprawa pomidorów na balkonie zakończyła się sukcesem, czyli zbiorem plonów. Okazała się łatwa i dostarczająca wielu przyjemności. Przy okazji dzieci miały możliwość obserwowania całego procesu wzrostu i dojrzewania tych warzyw, co w dzisiejszych czasach jest wiedzą cenną zważywszy na to, że część maluchów sądzi, że warzywa rosną… w supermarketach.
W przyszłym roku będę bogatsza o tegoroczne doświadczenia i z pewnością ponownie spróbuję swych sił w uprawach balkonowych.
Domowe sposoby na ukąszenia komarów
Komar, komar, chuda mucha, komar, komar, ma pół brzucha…
Taką piosenkę nuciła ostatnio moja Córeczka. Treść zapadła mi w pamięć i zawsze gdy ukąsi mnie to małe, podłe Coś, przypominają mi się, bądź co bądź, te obelżywe z punktu widzenia komara słowa.
Swoją drogą, komary w tym roku oszalały, łamią wszelkie do tej pory obowiązujące zasady, czyli gryzą przez cały dzień, a nie przeważnie wieczorem, atakują na słońcu, a nie raczej w cieniu i są wszędzie! Na ukąszenia reagujemy różnie, zdarza się, że pojawia się zwykły swędzący bąbel, ale zdarza się również wielka, twarda i bolesna gula. Nie wiem od czego to zależy, ale wiem, że przyjemnie nie jest. A ponieważ komary lubią mnie w jakiś szczególny sposób, a ja nie cierpię wszelkich psikadeł, pozostaje mi starać się ich unikać lub łagodzić skutki niechcianych spotkań. Szukając rozwiązań w internecie, przetestowałam kilka na sobie, dochodząc do wniosku, że nie ma jednej, skutecznej domowej metody dla wszystkich, no może poza Fenistilem dostępnym w aptece, ale ten jest dość kosztowny i… chemiczny.
SODA + WODA
W moim przypadku sprawdziła się woda z sodą – do 1/2 filiżanki przegotowanej, chłodnej wody wsypałam około 1/2 łyżeczki sody, wymieszałam i wacikiem smarowałam ukąszenia. Przestało swędzieć i boleć od razu.
SOK Z CYTRYNY
Zupełnie natomiast nie sprawdził się sok z cytryny, spowodował zaczerwienienie i zwiększył dolegliwości.
SPIRYTUS SALICYLOWY
Spirytus salicylowy też nie zdał egzaminu, szczypało i zwiększyło się zaczerwienienie.
SUROWY ZIEMNIAK
Plaster surowego ziemniaka pomógł, ale nie w takim stopniu jak soda.
CEBULA
Cebuli nie próbowałam ze względu na intensywny zapach.
ZAPOBIEGANIE UGRYZIENIOM PRZEZ KOMARY
Z innych metod, bardziej naturalnych i przy okazji dekoracyjnych, dobrze jest hodować i ustawiać na balkonach lub parapetach pelargonie, bazylię i pomidory. Komary nie lubią intensywnego zapachu tych roślin i podobno omijają je szerokim łukiem. Myślę, że coś w tym jest, ponieważ od wiosny nie pozbawiłam życia ani jednego insekta w mieszkaniu, a balkon pełen mam tych roślin.
Ostatni sposób podoba mi się najbardziej – choć nie nadaje się do zastosowania przez mieszkających w blokach – dobrze jest sprowokować do zamieszkania w okolicy domu… NIETOPERZE. Prowokacja ma się odbyć poprzez zawieszenie w pobliżu drewnianych domków 🙂 Podobno, jeden taki fruwający nietoperz potrafi zjeść do 1000 komarów w ciągu godziny!!! Gdzieś wyczytałam, że w jednej z sieci włoskich supermarketów w ciągu miesiąca sprzedano ponad 12 tysięcy domków dla tych ssaków.
A co z wplątywaniem się we włosy, którego tak bardzo obawialiśmy się w dzieciństwie?! 🙂
J






























